poniedziałek, 16 listopada 2015

Śmiech na sali.

Po wizycie u pediatry myślałam, że padnę ze śmiechu. Stwierdziła, że Myszka może mieć uczulenie na moje mleko. Nie na to co ja jem, tylko na moje mleko. No śmiech na sali. Dostaliśmy skierowanie do alergologa, ale zastanawiam się czy w ogóle tam się wybierzemy. Przecież testy alergiczne są wiarygodne dopiero u dwulatków, więc czemu mam skazać Kruszynę na kolejne cierpienie.
Kupiliśmy w środę Fenistil w kropelkach i szczerze mówiąc Jula jest o wiele spokojniejsza i nie trze buzi. Cieszę się, że mogłam jej zafundować chociaż troszkę ulgi. Poza tym lepiej i częściej śpi. Może w końcu zacznie normalnie przybierać na wadze. Miejmy nadzieję, że z czasem te krostki i plamy na ciałku również zejdą.
W czwartek mam urodziny. Niedźwiedź specjalnie wziął sobie wolne, żeby przedłużyć weekend. Poza tym w czwartek wybieram się do ginekologa na kontrolę. Zobaczymy, czy tam się nic groźnego nie dzieje.
W sobotę wyprawiam małe przyjęcie z okazji urodzin. Postaram się zrobić pyszne ciasto. Jeśli się uda to możecie liczyć na przepis w najbliższym czasie.

czwartek, 12 listopada 2015

Wykończymy się.

Długo mnie nie było ze względu na problemy skórne Julii i jeżdżenie po lekarzach. Pediatrze opadły już ręce, zero pomysłów jak nam pomóc. Dermatolog też rozkłada ręce. Jeśli przez najbliższy czas się nie poprawi to pojedziemy na wizytę do kolejnego dermatologa, który zdecyduje, czy przechodzimy na hipoalergiczne mleko modyfikowane. Próbuję odpychać się rękoma i nogami nawet od samej myśli o mleku sztucznym, no ale ... Niestety jeśli będzie trzeba to tak zrobimy.
Przejrzałam wczoraj całą galerię zdjęć w moim telefonie i zorientowałam się, że Kruszyna jak miała 6 dni to już dostała reakcji alergicznej. Tak mi jej szkoda. 20 listopada będzie miała 3 miesiące, już tyle czasu cierpi.
Na szczęście jest szczęśliwym dzieckiem. Niedźwiedzia wręcz uwielbia, no w końcu córeczka tatusia. Reaguje wielkim uśmiechem na swoje imię. Nie możemy się już doczekać aż zacznie się śmiać.
Jutro odbieramy wyniki badań krwi i moczu Myszki i idziemy na konsultację. Boję się, że będzie coś nie tak. Ostatnio jest bardzo płaczliwa, więc tym bardziej się martwię. Noszenie, tulenie, śpiewanie, zabawki, nawet jedzenie nie pomaga. To na pewno nie kolka, przez kolki już przechodziliśmy. Mimo tego, że mocno się ślini i pcha ręce do buzi to nie zęby, tak stwierdziła pediatra. Boję się, że coś ją boli, a ja nie wiem co i nie potrafię pomóc.
Jeśli wszystko będzie w porządku to w środę lub czwartek idziemy na kolejne szczepienie. Oby mi tylko Biedactwo gorączki nie dostała.

środa, 30 września 2015

Kolejny problem.

Od jakiegoś czasu męczymy się z atopowym zapaleniem skóry. Jak się okazuje, wzięło się to od kosmetyków Johnson's. Kruszynka była bardzo marudna, nie ma co się dziwić, skoro swędzi, czy piecze, zwłaszcza takie maleństwo, które nie potrafi się nawet podrapać. Dostałyśmy maść, smarujemy się dwa razy dziennie. W piątek idziemy na kontrolę. Niestety skóra atopowa nam pozostanie. Pomijając problemy skórne Mała bardzo ładnie się rozwija. Niebawem jej waga sięgnie 4 kg.

poniedziałek, 21 września 2015

Miesiąc.

To już miesiąc odkąd Kruszynka jest z nami. To ona wywróciła nam życie do góry nogami. To ona sprawiła, że pokochaliśmy się jeszcze bardziej. To ona jest naszą definicją szczęścia.

Na nieszczęście Julka ma skazę białkową i bardzo ciężko ją przechodzi. Najgorszy jest ten katar i kolki. Czasem płaczę razem z nią, bo nie mogę patrzeć na jej cierpienie. Wszystkie uczulające ją produkty odstawiłam, teraz tylko czekać aż jej przejdzie.

Pomijając to, że jest bardzo marudna przez tą alergie to jest cudownym dzieckiem. Rozwija się świetnie, cały czas widać postępy. Rośnie jeszcze lepiej, oczywiście jest karmiona na żądanie. Nie potrafię się nią nacieszyć.

Mimo nieprzespanych nocy aż tak nie odczuwam zmęczenia. Biorę witaminy, ale widać, że dalej mam niedobór. Wszyscy w rodzinie twierdzą, że to bardziej wygląda na anemię. Nie mam czasu i ochoty biegać ze sobą po lekarzach.

czwartek, 3 września 2015

Wielki powrót?

Nie wiem czy tak można to nazwać - ale jestem, po długim czasie nieobecności w końcu mogę opisać co się wydarzyło.

Po wielu trudach w ciąży jak i w trakcie porodu udało się. Julia urodziła się 20.08.2015r o godzinie 13:25. Ważyła 3040g i mierzyła 53cm.

17.08 wybrałam się do szpitala ze skierowaniem od ginekologa na obserwację, z racji tego, że mam nadciśnienie. Termin porodu był planowany na 19.08. Byłyśmy badane i obserwowane. Według USG Mała miała ważyć 2640g (podobno aparaty do USG potrafią mylić się nawet o 500g). Już drugiego dnia Kruszyna zaczęła straszyć lekarzy. Na wieczornym KTG nie ruszała się, według mnie ona po prostu spała. Budzili ją, szarpali mnie za brzuch, żeby tylko zaczęła się ruszać, ale nic z tego. Już nawet lekarze rozważali nad cesarskim cięciem. To, że mówiłam, że 10 minut temu jeszcze szalała nic ich nie obchodziło, jakbym była powietrzem. Na szczęście jeden z lekarzy pomyślał i podłączyli mnie pod odżywczą kroplówkę. Mała w moment się obudziła i zaczęła szaleć.
Z racji tego, że od przyjścia do szpitala cały czas miałam rozwarcie na dwa palce to zdecydowano, że 20.08 zostanie mi podana oksytocyna na wywołanie porodu.
O godzinie 7:15 zostałam zabrana z oddziału patologii ciąży na salę porodową. Leżałam i leżałam i nic się nie działo. Około godziny 12 został przebity pęcherz płodowy. No i ZACZĘŁO SIĘ. To było dosłownie kilka skurczy zanim zaczął się właściwy poród. Wszystko tak szybko przebiegało, że byłam zdezorientowana. Gdy Mała została już wyciągnięta czekałam tylko i wyłącznie na płacz, ale była cisza. Wzrok lekarzy mówił sam za siebie, na szczęście po chwili usłyszeliśmy piękny i donośny płacz. Oksytocyna i szybki poród dosłownie rozerwały mnie od środka. Podano mi relanium. Założono mi sporo szwów. To co działo się po tym jak zabrali Małą do ubrania prawie nic nie pamiętam. Pamiętam jedynie przerażony wzrok Niedźwiedzia jak wywozili mnie z sali. Nie zdążył na poród.

Dziś Julia ma 14 dni, a my z każdym dniem kochamy ją coraz mocniej.

Teraz nic, tylko patrzeć jak rośnie.


piątek, 14 sierpnia 2015

Cały czas pod górkę.

Tak się składa, że naszej Kruszynce chyba się nie spieszy na świat. Z tego powodu, jeśli nic przez weekend się nie ruszy będę zmuszona położyć się w szpitalu. Po badaniach zobaczymy co dalej. Jedno jest pewne, ze szpitala bez Myszki nie wyjdę.

środa, 5 sierpnia 2015

Coraz bliżej.

Po dzisiejszej wizycie u Pani ginekolog jeszcze bardziej nie mogę się doczekać. Zostały równe dwa tygodnie do terminu, a tu już rozwarcie na jeden palec. Kruszynka jest odwrócona prawidłowo, więc nic tylko czekać, aż się zacznie coś dziać. Jeszcze tylko jutro na pobranie krwi i dokupienie rzeczy dla Malutkiej.

Ten upał jest okropny, nie da się normalnie oddychać. Niedźwiedź pracuje teraz na popołudnia, więc nie mam co liczyć na wypady nad wodę. Najgorsze jest tylko to, że podczas pobytu w szpitalu może trafić mi się taka okropna pogoda. Nie wiem jak to wytrzymam.

poniedziałek, 3 sierpnia 2015

Cudownie.

Od trzech dni jestem mężatką. Dalej nie potrafię sobie tego uświadomić. Trudno będzie przyzwyczaić się do nowego nazwiska.

W piątek rano Niedźwiedź wybrał się na dworzec do Katowic po moją rodzinkę. Była wielka radość jak się w końcu zobaczyliśmy. Bardzo bałam się, że im się tu nie spodoba. Stało się wręcz odwrotnie. Po śniadanku wybrałam się z Niedźwiedziem i Pauliną (moją siostrą) na zdjęcie tego nieszczęsnego holtera. Po powrocie do domu zaczęło się wielkie szykowanie. Wszyscy gotowi do boju, więc wyszliśmy. O 14:50 miał odbyć się nasz ślub. Po dotarciu na miejsce okazało się, że poprzednia para młoda i ich goście byli bardzo nieuprzejmi, nawet nie mieliśmy odrobinki miejsca żeby wejść do sali. Po wejściu zobaczyliśmy znajomą twarz, mianowicie kierowniczkę urzędu, z którą omawialiśmy i załatwialiśmy ślub. Mieliśmy cichą nadzieję, że będzie nam udzielała ślubu. Świetnie to wszystko rozegrała. Piękne wiersze o miłości i małżeństwie wyciskały wszystkim łzy. Szkoda tylko, że to wszystko tak szybko się działo. Po uroczystości wybraliśmy się do taty Niedźwiedzia na poczęstunek. Było świetnie i pysznie. Wróciliśmy w nocy do domu, by następnego dnia wybrać się na zwiedzanie. Bardzo mnie to zmęczyło, ale nie żałowałam. Bardzo cieszy mnie to, że spodobało się tu mojej rodzince.

Niestety wczoraj z samego rana musieli wrócić do domu. Niestety obowiązki. Na szczęście jak urodzi się nasza Kruszynka to znów przyjadą. Nie mogę się doczekać mojego Maleństwa jak i ich powrotu do nas.


38 tydzień ciąży, a po mnie tego nie widać. Brzuszek mały, nawet lekarze w szpitalu co chwilę pytali dla upewnienia który to tydzień. Ale skoro Kruszynka jest zdrowa to nie ma co się martwić.

poniedziałek, 27 lipca 2015

Dzięki Bogu.

Po długiej nieobecności wracam z nowymi doświadczeniami, jeśli można to tak nazwać. Tego nieszczęsnego dnia, mianowicie 13.07 pojechałam z Niedźwiedziem na USG, gdzie okazało się, że nasza Kruszynka cierpi na hipotrofię. Ważyła niecałe 2 kg, gdzie na tamten dzień powinna ważyć 2,8 kg. To był dla nas ogromny cios. Dostałam skierowanie do szpitala. Wybrałam się tam.

Wybrałam szpital w którym mam zamiar rodzić, żebym mogła poobserwować jak to wszystko wygląda zanim wybiorę się tam na narodziny. Po 4 godzinach czekania na izbie przyjęć (spodziewałam się dłuższego czekania) zabrano mnie na oddział. Szpital pięknie odremontowany, miłe pielęgniarki, czego chcieć więcej. Przykładowo (chyba każdy kto spędził trochę czasu w szpitalu mnie zrozumie) jedzenie; okropne, obrzydliwe, jakby się jadło papier długo moczony w wodzie. Ale nie mowa o jedzeniu.
Położono mnie w 3-osobowym pokoju, na wstępie dostałam kroplówkę na odżywienie Małej i tak leżałam. Codziennie dostawałam po jednej kroplówce. Oczywiście witaminy doustnie również. Po 2 dniach Kruszynka przytyła 270 gram. Takie szczęście. Zostawiono mnie jeszcze na oddziale żeby jeszcze troszeczkę ją 'utuczyć'. W poniedziałek przyjęto mnie do szpitala, a w piątek rano okazało się, że Niunia waży kolejne 200 gram więcej. Wypuszczono mnie bezproblemowo tego samego dnia.
Tęsknota i upał bardzo mnie tam wymęczyły. Na szczęście jestem już w domku i mogę czynić dalsze przygotowania do ślubu.

A propos ślubu, zamówiliśmy obrączki. Przysłano je pod moją nieobecność. Są świetne. Tylko teraz jest problem, mianowicie taki, że nie wiem czy moja obrączka zmieści się na palec w mojej popuchniętej dłoni. O to będziemy się raczej martwić już po ślubie.
Sukienka kupiona, zostały tylko buty, ale tym zajmę się w najbliższych dniach.

piątek, 10 lipca 2015

Powrót do rzeczywistości.

Szkoda. Wielka szkoda, że wróciliśmy. Niestety Niedźwiedź musiał wrócić do pracy, a ja miałam wizytę u okulisty.

Wycieczka na Szreniawę bardzo dobrze nam zrobiła. Nie tylko odzyskaliśmy komfort psychiczny, ale również fizyczny. Pomimo upałów i gigantycznej opuchlizny stóp czułam i bawiłam się świetnie. Czyste powietrze i przede wszystkim czysta woda, bo prosto ze studni głębinowej. Skóra i włosy dzięki temu odżywione.
Nie da się tam długo spać. Czemu? Nie wiem. Może ze względu na powietrze.
Z samego rana wychodzi się w kapciach z domu (jeszcze w pidżamie), przechodzi po trawie pokrytej zimną rosą i łapie spory haust powietrza. Takie coś stawia na nogi lepiej niż kawa. Aż chce się żyć. Moim rytuałem po wyjściu z domu było siedzenie przed kuchnią i oglądanie jak słońce powoli ukazuje się na podwórku i nagrzewa trawę.

Jedynym minusem wizyty tam była ciotka. Bardzo upierdliwa. Lubi się wymądrzać. Traktowała mnie jakby ciąża była chorobą. Według niej nie można chodzić na boso po trawie (nagrzanej), bo przeziębię nerki. Muszę słuchać poważnej muzyki, bo przecież dziecko będzie głupie jak cokolwiek innego posłucham. Naczyń też nie myć, bo się zmęczę. Przecież to jest śmieszne. Nie dało się wpuścić tego jednym uchem, a wypuścić drugim, bo było to cały czas powtarzane. I ten wzrok jak robiłam coś nie po jej myśli. Na szczęście wyjechała po dwóch nocach. Od momentu jej wyjazdu było świetnie.

Przykro było wracać do miasta. Niestety trzeba było.
Wizyta u okulisty była wczoraj. Nasiedziałam się, bo miałam kropione oczy. Obok mnie siedziała starsza Pani, która w kółko powtarzała ,,taka młodziutka, śliczna dziewczynka". Podziękowałam oczywiście, chociaż nie byłam pewna czy to komplement, bo przecież taka ,,młoda i śliczna" i już z ,,brzuchem". Niestety mimo tego, że mam 21 lat wyglądam o wiele młodziej. Bynajmniej tak mi bardzo dużo osób powtarza.
Zostałam zbadana i na szczęście nie ma przeciwwskazań do naturalnego porodu. Zobaczymy co jeszcze powie kardiolog po obejrzeniu wyników z holtera.

W poniedziałek, tj. 13.07. idę z Niedźwiadkiem na USG zobaczyć naszą Kruszynkę. Jak ten czas szybko leci. Jeszcze niedawno robiłam test, a tu już prawie rozwiązanie. Nie mogę się doczekać, aż przytulę moje Maleństwo.

Porodu i bólu porodowego się nie boję. Boję się o to czy moja Kruszynka będzie dobrze traktowana przez personel. Chciałabym żeby wszystko przebiegło dobrze, bez komplikacji i żeby Juleczka była zdrowa. Trzeba być dobrej myśli.

Zdjęcie ze spaceru po lesie. Zbieraliśmy jagody. Pyszności

34 tydzień. Jak dla mnie brzuszek malutki, ale jakie wielkie szczęście tam się mieści.