piątek, 14 sierpnia 2015
Cały czas pod górkę.
Tak się składa, że naszej Kruszynce chyba się nie spieszy na świat. Z tego powodu, jeśli nic przez weekend się nie ruszy będę zmuszona położyć się w szpitalu. Po badaniach zobaczymy co dalej. Jedno jest pewne, ze szpitala bez Myszki nie wyjdę.
środa, 5 sierpnia 2015
Coraz bliżej.
Po dzisiejszej wizycie u Pani ginekolog jeszcze bardziej nie mogę się doczekać. Zostały równe dwa tygodnie do terminu, a tu już rozwarcie na jeden palec. Kruszynka jest odwrócona prawidłowo, więc nic tylko czekać, aż się zacznie coś dziać. Jeszcze tylko jutro na pobranie krwi i dokupienie rzeczy dla Malutkiej.
Ten upał jest okropny, nie da się normalnie oddychać. Niedźwiedź pracuje teraz na popołudnia, więc nie mam co liczyć na wypady nad wodę. Najgorsze jest tylko to, że podczas pobytu w szpitalu może trafić mi się taka okropna pogoda. Nie wiem jak to wytrzymam.
Ten upał jest okropny, nie da się normalnie oddychać. Niedźwiedź pracuje teraz na popołudnia, więc nie mam co liczyć na wypady nad wodę. Najgorsze jest tylko to, że podczas pobytu w szpitalu może trafić mi się taka okropna pogoda. Nie wiem jak to wytrzymam.
poniedziałek, 3 sierpnia 2015
Cudownie.
Od trzech dni jestem mężatką. Dalej nie potrafię sobie tego uświadomić. Trudno będzie przyzwyczaić się do nowego nazwiska.
W piątek rano Niedźwiedź wybrał się na dworzec do Katowic po moją rodzinkę. Była wielka radość jak się w końcu zobaczyliśmy. Bardzo bałam się, że im się tu nie spodoba. Stało się wręcz odwrotnie. Po śniadanku wybrałam się z Niedźwiedziem i Pauliną (moją siostrą) na zdjęcie tego nieszczęsnego holtera. Po powrocie do domu zaczęło się wielkie szykowanie. Wszyscy gotowi do boju, więc wyszliśmy. O 14:50 miał odbyć się nasz ślub. Po dotarciu na miejsce okazało się, że poprzednia para młoda i ich goście byli bardzo nieuprzejmi, nawet nie mieliśmy odrobinki miejsca żeby wejść do sali. Po wejściu zobaczyliśmy znajomą twarz, mianowicie kierowniczkę urzędu, z którą omawialiśmy i załatwialiśmy ślub. Mieliśmy cichą nadzieję, że będzie nam udzielała ślubu. Świetnie to wszystko rozegrała. Piękne wiersze o miłości i małżeństwie wyciskały wszystkim łzy. Szkoda tylko, że to wszystko tak szybko się działo. Po uroczystości wybraliśmy się do taty Niedźwiedzia na poczęstunek. Było świetnie i pysznie. Wróciliśmy w nocy do domu, by następnego dnia wybrać się na zwiedzanie. Bardzo mnie to zmęczyło, ale nie żałowałam. Bardzo cieszy mnie to, że spodobało się tu mojej rodzince.
Niestety wczoraj z samego rana musieli wrócić do domu. Niestety obowiązki. Na szczęście jak urodzi się nasza Kruszynka to znów przyjadą. Nie mogę się doczekać mojego Maleństwa jak i ich powrotu do nas.
38 tydzień ciąży, a po mnie tego nie widać. Brzuszek mały, nawet lekarze w szpitalu co chwilę pytali dla upewnienia który to tydzień. Ale skoro Kruszynka jest zdrowa to nie ma co się martwić.
W piątek rano Niedźwiedź wybrał się na dworzec do Katowic po moją rodzinkę. Była wielka radość jak się w końcu zobaczyliśmy. Bardzo bałam się, że im się tu nie spodoba. Stało się wręcz odwrotnie. Po śniadanku wybrałam się z Niedźwiedziem i Pauliną (moją siostrą) na zdjęcie tego nieszczęsnego holtera. Po powrocie do domu zaczęło się wielkie szykowanie. Wszyscy gotowi do boju, więc wyszliśmy. O 14:50 miał odbyć się nasz ślub. Po dotarciu na miejsce okazało się, że poprzednia para młoda i ich goście byli bardzo nieuprzejmi, nawet nie mieliśmy odrobinki miejsca żeby wejść do sali. Po wejściu zobaczyliśmy znajomą twarz, mianowicie kierowniczkę urzędu, z którą omawialiśmy i załatwialiśmy ślub. Mieliśmy cichą nadzieję, że będzie nam udzielała ślubu. Świetnie to wszystko rozegrała. Piękne wiersze o miłości i małżeństwie wyciskały wszystkim łzy. Szkoda tylko, że to wszystko tak szybko się działo. Po uroczystości wybraliśmy się do taty Niedźwiedzia na poczęstunek. Było świetnie i pysznie. Wróciliśmy w nocy do domu, by następnego dnia wybrać się na zwiedzanie. Bardzo mnie to zmęczyło, ale nie żałowałam. Bardzo cieszy mnie to, że spodobało się tu mojej rodzince.
Niestety wczoraj z samego rana musieli wrócić do domu. Niestety obowiązki. Na szczęście jak urodzi się nasza Kruszynka to znów przyjadą. Nie mogę się doczekać mojego Maleństwa jak i ich powrotu do nas.
38 tydzień ciąży, a po mnie tego nie widać. Brzuszek mały, nawet lekarze w szpitalu co chwilę pytali dla upewnienia który to tydzień. Ale skoro Kruszynka jest zdrowa to nie ma co się martwić.
poniedziałek, 27 lipca 2015
Dzięki Bogu.
Po długiej nieobecności wracam z nowymi doświadczeniami, jeśli można to tak nazwać. Tego nieszczęsnego dnia, mianowicie 13.07 pojechałam z Niedźwiedziem na USG, gdzie okazało się, że nasza Kruszynka cierpi na hipotrofię. Ważyła niecałe 2 kg, gdzie na tamten dzień powinna ważyć 2,8 kg. To był dla nas ogromny cios. Dostałam skierowanie do szpitala. Wybrałam się tam.
Wybrałam szpital w którym mam zamiar rodzić, żebym mogła poobserwować jak to wszystko wygląda zanim wybiorę się tam na narodziny. Po 4 godzinach czekania na izbie przyjęć (spodziewałam się dłuższego czekania) zabrano mnie na oddział. Szpital pięknie odremontowany, miłe pielęgniarki, czego chcieć więcej. Przykładowo (chyba każdy kto spędził trochę czasu w szpitalu mnie zrozumie) jedzenie; okropne, obrzydliwe, jakby się jadło papier długo moczony w wodzie. Ale nie mowa o jedzeniu.
Położono mnie w 3-osobowym pokoju, na wstępie dostałam kroplówkę na odżywienie Małej i tak leżałam. Codziennie dostawałam po jednej kroplówce. Oczywiście witaminy doustnie również. Po 2 dniach Kruszynka przytyła 270 gram. Takie szczęście. Zostawiono mnie jeszcze na oddziale żeby jeszcze troszeczkę ją 'utuczyć'. W poniedziałek przyjęto mnie do szpitala, a w piątek rano okazało się, że Niunia waży kolejne 200 gram więcej. Wypuszczono mnie bezproblemowo tego samego dnia.
Tęsknota i upał bardzo mnie tam wymęczyły. Na szczęście jestem już w domku i mogę czynić dalsze przygotowania do ślubu.
A propos ślubu, zamówiliśmy obrączki. Przysłano je pod moją nieobecność. Są świetne. Tylko teraz jest problem, mianowicie taki, że nie wiem czy moja obrączka zmieści się na palec w mojej popuchniętej dłoni. O to będziemy się raczej martwić już po ślubie.
Sukienka kupiona, zostały tylko buty, ale tym zajmę się w najbliższych dniach.
Wybrałam szpital w którym mam zamiar rodzić, żebym mogła poobserwować jak to wszystko wygląda zanim wybiorę się tam na narodziny. Po 4 godzinach czekania na izbie przyjęć (spodziewałam się dłuższego czekania) zabrano mnie na oddział. Szpital pięknie odremontowany, miłe pielęgniarki, czego chcieć więcej. Przykładowo (chyba każdy kto spędził trochę czasu w szpitalu mnie zrozumie) jedzenie; okropne, obrzydliwe, jakby się jadło papier długo moczony w wodzie. Ale nie mowa o jedzeniu.
Położono mnie w 3-osobowym pokoju, na wstępie dostałam kroplówkę na odżywienie Małej i tak leżałam. Codziennie dostawałam po jednej kroplówce. Oczywiście witaminy doustnie również. Po 2 dniach Kruszynka przytyła 270 gram. Takie szczęście. Zostawiono mnie jeszcze na oddziale żeby jeszcze troszeczkę ją 'utuczyć'. W poniedziałek przyjęto mnie do szpitala, a w piątek rano okazało się, że Niunia waży kolejne 200 gram więcej. Wypuszczono mnie bezproblemowo tego samego dnia.
Tęsknota i upał bardzo mnie tam wymęczyły. Na szczęście jestem już w domku i mogę czynić dalsze przygotowania do ślubu.
A propos ślubu, zamówiliśmy obrączki. Przysłano je pod moją nieobecność. Są świetne. Tylko teraz jest problem, mianowicie taki, że nie wiem czy moja obrączka zmieści się na palec w mojej popuchniętej dłoni. O to będziemy się raczej martwić już po ślubie.
Sukienka kupiona, zostały tylko buty, ale tym zajmę się w najbliższych dniach.
piątek, 10 lipca 2015
Powrót do rzeczywistości.
Szkoda. Wielka szkoda, że wróciliśmy. Niestety Niedźwiedź musiał wrócić do pracy, a ja miałam wizytę u okulisty.
Wycieczka na Szreniawę bardzo dobrze nam zrobiła. Nie tylko odzyskaliśmy komfort psychiczny, ale również fizyczny. Pomimo upałów i gigantycznej opuchlizny stóp czułam i bawiłam się świetnie. Czyste powietrze i przede wszystkim czysta woda, bo prosto ze studni głębinowej. Skóra i włosy dzięki temu odżywione.
Nie da się tam długo spać. Czemu? Nie wiem. Może ze względu na powietrze.
Z samego rana wychodzi się w kapciach z domu (jeszcze w pidżamie), przechodzi po trawie pokrytej zimną rosą i łapie spory haust powietrza. Takie coś stawia na nogi lepiej niż kawa. Aż chce się żyć. Moim rytuałem po wyjściu z domu było siedzenie przed kuchnią i oglądanie jak słońce powoli ukazuje się na podwórku i nagrzewa trawę.
Jedynym minusem wizyty tam była ciotka. Bardzo upierdliwa. Lubi się wymądrzać. Traktowała mnie jakby ciąża była chorobą. Według niej nie można chodzić na boso po trawie (nagrzanej), bo przeziębię nerki. Muszę słuchać poważnej muzyki, bo przecież dziecko będzie głupie jak cokolwiek innego posłucham. Naczyń też nie myć, bo się zmęczę. Przecież to jest śmieszne. Nie dało się wpuścić tego jednym uchem, a wypuścić drugim, bo było to cały czas powtarzane. I ten wzrok jak robiłam coś nie po jej myśli. Na szczęście wyjechała po dwóch nocach. Od momentu jej wyjazdu było świetnie.
Przykro było wracać do miasta. Niestety trzeba było.
Wizyta u okulisty była wczoraj. Nasiedziałam się, bo miałam kropione oczy. Obok mnie siedziała starsza Pani, która w kółko powtarzała ,,taka młodziutka, śliczna dziewczynka". Podziękowałam oczywiście, chociaż nie byłam pewna czy to komplement, bo przecież taka ,,młoda i śliczna" i już z ,,brzuchem". Niestety mimo tego, że mam 21 lat wyglądam o wiele młodziej. Bynajmniej tak mi bardzo dużo osób powtarza.
Zostałam zbadana i na szczęście nie ma przeciwwskazań do naturalnego porodu. Zobaczymy co jeszcze powie kardiolog po obejrzeniu wyników z holtera.
W poniedziałek, tj. 13.07. idę z Niedźwiadkiem na USG zobaczyć naszą Kruszynkę. Jak ten czas szybko leci. Jeszcze niedawno robiłam test, a tu już prawie rozwiązanie. Nie mogę się doczekać, aż przytulę moje Maleństwo.
Porodu i bólu porodowego się nie boję. Boję się o to czy moja Kruszynka będzie dobrze traktowana przez personel. Chciałabym żeby wszystko przebiegło dobrze, bez komplikacji i żeby Juleczka była zdrowa. Trzeba być dobrej myśli.
Zdjęcie ze spaceru po lesie. Zbieraliśmy jagody. Pyszności
34 tydzień. Jak dla mnie brzuszek malutki, ale jakie wielkie szczęście tam się mieści.
Wycieczka na Szreniawę bardzo dobrze nam zrobiła. Nie tylko odzyskaliśmy komfort psychiczny, ale również fizyczny. Pomimo upałów i gigantycznej opuchlizny stóp czułam i bawiłam się świetnie. Czyste powietrze i przede wszystkim czysta woda, bo prosto ze studni głębinowej. Skóra i włosy dzięki temu odżywione.
Nie da się tam długo spać. Czemu? Nie wiem. Może ze względu na powietrze.
Z samego rana wychodzi się w kapciach z domu (jeszcze w pidżamie), przechodzi po trawie pokrytej zimną rosą i łapie spory haust powietrza. Takie coś stawia na nogi lepiej niż kawa. Aż chce się żyć. Moim rytuałem po wyjściu z domu było siedzenie przed kuchnią i oglądanie jak słońce powoli ukazuje się na podwórku i nagrzewa trawę.
Jedynym minusem wizyty tam była ciotka. Bardzo upierdliwa. Lubi się wymądrzać. Traktowała mnie jakby ciąża była chorobą. Według niej nie można chodzić na boso po trawie (nagrzanej), bo przeziębię nerki. Muszę słuchać poważnej muzyki, bo przecież dziecko będzie głupie jak cokolwiek innego posłucham. Naczyń też nie myć, bo się zmęczę. Przecież to jest śmieszne. Nie dało się wpuścić tego jednym uchem, a wypuścić drugim, bo było to cały czas powtarzane. I ten wzrok jak robiłam coś nie po jej myśli. Na szczęście wyjechała po dwóch nocach. Od momentu jej wyjazdu było świetnie.
Przykro było wracać do miasta. Niestety trzeba było.
Wizyta u okulisty była wczoraj. Nasiedziałam się, bo miałam kropione oczy. Obok mnie siedziała starsza Pani, która w kółko powtarzała ,,taka młodziutka, śliczna dziewczynka". Podziękowałam oczywiście, chociaż nie byłam pewna czy to komplement, bo przecież taka ,,młoda i śliczna" i już z ,,brzuchem". Niestety mimo tego, że mam 21 lat wyglądam o wiele młodziej. Bynajmniej tak mi bardzo dużo osób powtarza.
Zostałam zbadana i na szczęście nie ma przeciwwskazań do naturalnego porodu. Zobaczymy co jeszcze powie kardiolog po obejrzeniu wyników z holtera.
W poniedziałek, tj. 13.07. idę z Niedźwiadkiem na USG zobaczyć naszą Kruszynkę. Jak ten czas szybko leci. Jeszcze niedawno robiłam test, a tu już prawie rozwiązanie. Nie mogę się doczekać, aż przytulę moje Maleństwo.
Porodu i bólu porodowego się nie boję. Boję się o to czy moja Kruszynka będzie dobrze traktowana przez personel. Chciałabym żeby wszystko przebiegło dobrze, bez komplikacji i żeby Juleczka była zdrowa. Trzeba być dobrej myśli.
Zdjęcie ze spaceru po lesie. Zbieraliśmy jagody. Pyszności
34 tydzień. Jak dla mnie brzuszek malutki, ale jakie wielkie szczęście tam się mieści.
niedziela, 28 czerwca 2015
Dobre wiadomości.
Po wizycie kontrolnej okazuje się, że nasza Kruszynka nadrobiła te stracone tygodnie. Tak więc termin porodu pozostaje taki jaki był na początku, czyli 19 sierpień. Wyniki cytologii dobre, jeszcze tylko USG bodajże w środę i kolejna wizyta kontrolna w czwartek. Zobaczymy co będzie dalej. Krzywa cukrowa zrobiona (nikomu nie polecam), wyniki odbiorę przed wizytą.
A teraz, uwaga ... 31 lipca odbędzie się nasz ślub. Jestem taka szczęśliwa. Tylko po przemyśleniu tego wszystkiego wychodzi na to, że będę musiała przed samym ślubem pojechać szybko do lekarza oddać holter. Możliwe, że dam radę dogadać się, by przełożyć to na jakiś inny dzień. Mimo wszystko, teraz zaczyna się czas wielkich przygotowań. Muszę znaleźć sobie jakąś śliczną, zwiewną sukienkę, żeby wyglądać w miarę dobrze. Brzuszek doda uroku. Obrączki jeszcze nie wybrane, ale mamy jeszcze na to czas. Możliwe, że w ciągu kilku najbliższych dni wybierzemy i zamówimy.
W piątek lub sobotę wyjeżdżamy na wieś do babci Niedźwiedzia. Ciekawe jakie komentarze i pytania będą szły w naszą stronę. Na szczęście jedziemy większą grupą, więc będziemy mieli obrońców w razie czego. A czas myślę, że będzie spędzony świetnie. W końcu wieś, środek lasu, grill, świeże powietrze. Odpoczniemy. Musimy, bo w końcu niedługo pojawi się nasza Kruszynka i nie będzie czasu na sen, czy odpoczynek.
Jestem w trakcie robienia ciasta na jutrzejszy dzień, bo będziemy mieli gości. Przyjdą wszyscy, żeby umówić się co do wyjazdu. Poza tym miłe, duże towarzystwo to to, co lubię. Będzie wesoło.
Tak więc przez najbliższy tydzień będzie bardzo dużo się działo, zobaczymy jak nam to wyjdzie. Kolejny post myślę, że będzie dopiero po powrocie do domu, ewentualnie po czwartkowej wizycie u lekarza. Tymczasem żegnam się, do następnego razu.
A teraz, uwaga ... 31 lipca odbędzie się nasz ślub. Jestem taka szczęśliwa. Tylko po przemyśleniu tego wszystkiego wychodzi na to, że będę musiała przed samym ślubem pojechać szybko do lekarza oddać holter. Możliwe, że dam radę dogadać się, by przełożyć to na jakiś inny dzień. Mimo wszystko, teraz zaczyna się czas wielkich przygotowań. Muszę znaleźć sobie jakąś śliczną, zwiewną sukienkę, żeby wyglądać w miarę dobrze. Brzuszek doda uroku. Obrączki jeszcze nie wybrane, ale mamy jeszcze na to czas. Możliwe, że w ciągu kilku najbliższych dni wybierzemy i zamówimy.
W piątek lub sobotę wyjeżdżamy na wieś do babci Niedźwiedzia. Ciekawe jakie komentarze i pytania będą szły w naszą stronę. Na szczęście jedziemy większą grupą, więc będziemy mieli obrońców w razie czego. A czas myślę, że będzie spędzony świetnie. W końcu wieś, środek lasu, grill, świeże powietrze. Odpoczniemy. Musimy, bo w końcu niedługo pojawi się nasza Kruszynka i nie będzie czasu na sen, czy odpoczynek.
Jestem w trakcie robienia ciasta na jutrzejszy dzień, bo będziemy mieli gości. Przyjdą wszyscy, żeby umówić się co do wyjazdu. Poza tym miłe, duże towarzystwo to to, co lubię. Będzie wesoło.
Tak więc przez najbliższy tydzień będzie bardzo dużo się działo, zobaczymy jak nam to wyjdzie. Kolejny post myślę, że będzie dopiero po powrocie do domu, ewentualnie po czwartkowej wizycie u lekarza. Tymczasem żegnam się, do następnego razu.
wtorek, 16 czerwca 2015
Nie panikujmy.
Nie panikujmy - powiedział mój kardiolog. Tylko jak nie panikować po takich podejrzeniach? Wyniki badań EKG nie wyszły dobrze. Do założenia holter, a później zobaczymy co z tego będzie. Leki mam dalej brać. Boję się, że ta wada może zaszkodzić Kruszynce. Niestety pozostaje mi tylko czekać i robić badania.
Przez to humor zepsuty doszczętnie, nie wiem jak się cieszyć z czegokolwiek. Nerwy mnie roznoszą. Tylko siedzę i myślę. Oby jeszcze Pani ginekolog nie zepsuła mi humoru jeszcze bardziej. 24 się okaże.
Nie mam ochoty bardziej się rozpisywać, bo nie wiem nawet co mam pisać.
Mogę napisać, że bierzmowanie na którym byliśmy w sobotę było świetne. Dużo śmiechu i pysznego jedzenia. Niedźwiedź był smutny, bo jego ulubionych klusek nie było. Monika na szczęście odegrała się pyszną karkówką w żurawinie.
Czas się żegnać, bo i tak nic więcej nie wycisnę z głowy. Do następnego razu.
Przez to humor zepsuty doszczętnie, nie wiem jak się cieszyć z czegokolwiek. Nerwy mnie roznoszą. Tylko siedzę i myślę. Oby jeszcze Pani ginekolog nie zepsuła mi humoru jeszcze bardziej. 24 się okaże.
Nie mam ochoty bardziej się rozpisywać, bo nie wiem nawet co mam pisać.
Mogę napisać, że bierzmowanie na którym byliśmy w sobotę było świetne. Dużo śmiechu i pysznego jedzenia. Niedźwiedź był smutny, bo jego ulubionych klusek nie było. Monika na szczęście odegrała się pyszną karkówką w żurawinie.
Czas się żegnać, bo i tak nic więcej nie wycisnę z głowy. Do następnego razu.
wtorek, 9 czerwca 2015
Podsumowanie długiego weekendu.
Długi weekend był świetny. W czwartek rodzinka zaproszona do nas na obiadek. Męczyłam się z tymi krokietami od rana, ale się udało. W piątek natomiast wybraliśmy się całą grupą do taty. Jak zwykle była świetna zabawa i jeszcze lepsze jedzenie. Oczywiście następnego dnia po powrocie do domu mieliśmy jeszcze pełne żołądki. Na spotkaniu stwierdziliśmy, że wybierzemy się w te nasze nieszczęsne 10 (jeszcze) osób do babci na wieś. Zapewne tak się stanie na początku lipca. Będzie świetnie.
W sobotę z samego rana wybraliśmy się do Katowic. A po co? Oczywiście po wózek dla naszej Kruszyny. Na szczęście nie zgłupieliśmy i kupiliśmy używany za (jak to mówi Niedźwiedź) bezcen. Stan świetny. Kobieta od której odkupiliśmy ten wózek zakupiła go swojego czasu za ponad 3 tysiące. Jest wszystko. Gondola, nosidełko, spacerówka, do tego dwa śpiwory, łatwo składający się stelaż, torbę. Wszystko mocowane jest na 'klik', więc na nasze szczęście nie trzeba kombinowania, bo przy moich zdolnościach wózek już na samym początku byłby zniszczony.
W sobotę po południu jak się okazało i co uwielbiam, znów mieliśmy gości. Aż chce się żyć, bo ma się dla kogo. Niedziela zaś spędzona we dwójkę w domu.
Przez cały weekend upały i duchota nie do zniesienia. Stopy jak balony, miałam problem z założeniem butów. Pieczenie niemiłosierne, ale trzeba to przeżyć. Teraz, gdy jest nieco chłodniej ból jest odczuwalny w mniejszym stopniu, opuchlizna też nieco mniejsza, ale dalej jest. Niestety to dopiero początek.
W sobotę wybieramy się do taty na bierzmowanie Karoliny, jestem ciekawa co z tego będzie. Na pewno będzie to spotkanie twarzą w twarz z rodowitymi Ślązakami, ciężko będzie się dogadać, ale myślę, że damy radę.
Na tą chwilę mogę życzyć miłego dnia. Cieszmy się życiem, bo jutro może nie nadejść.
W sobotę z samego rana wybraliśmy się do Katowic. A po co? Oczywiście po wózek dla naszej Kruszyny. Na szczęście nie zgłupieliśmy i kupiliśmy używany za (jak to mówi Niedźwiedź) bezcen. Stan świetny. Kobieta od której odkupiliśmy ten wózek zakupiła go swojego czasu za ponad 3 tysiące. Jest wszystko. Gondola, nosidełko, spacerówka, do tego dwa śpiwory, łatwo składający się stelaż, torbę. Wszystko mocowane jest na 'klik', więc na nasze szczęście nie trzeba kombinowania, bo przy moich zdolnościach wózek już na samym początku byłby zniszczony.
W sobotę po południu jak się okazało i co uwielbiam, znów mieliśmy gości. Aż chce się żyć, bo ma się dla kogo. Niedziela zaś spędzona we dwójkę w domu.
Przez cały weekend upały i duchota nie do zniesienia. Stopy jak balony, miałam problem z założeniem butów. Pieczenie niemiłosierne, ale trzeba to przeżyć. Teraz, gdy jest nieco chłodniej ból jest odczuwalny w mniejszym stopniu, opuchlizna też nieco mniejsza, ale dalej jest. Niestety to dopiero początek.
W sobotę wybieramy się do taty na bierzmowanie Karoliny, jestem ciekawa co z tego będzie. Na pewno będzie to spotkanie twarzą w twarz z rodowitymi Ślązakami, ciężko będzie się dogadać, ale myślę, że damy radę.
Na tą chwilę mogę życzyć miłego dnia. Cieszmy się życiem, bo jutro może nie nadejść.
poniedziałek, 1 czerwca 2015
Poniedziałkowa krzątanina.
Czas cieszyć się piękną pogodą. Aż chce się wyjść. Wizyta u kardiologa zaplanowana jest dopiero na 15 czerwca. Czyli mam dwa tygodnie spokoju. W międzyczasie trzeba będzie jeszcze zrobić USG, sprawdzić czy Myszka się dobrze rozwija. Tabletki na nadciśnienie, które dostałam sprawują się świetnie, tylko organizm musi przyzwyczaić się do obniżonego ciśnienia. Stąd ta senność.
Od rana krzątam się po mieszkaniu. Robię zupkę dla Niedźwiedzia. Na pewno się ucieszy, bo w końcu kalafiorowa. Miałam również pomocnika przy obieraniu ziemniaków.
A oto mój mały pomocnik. Pilnował czy ziemniaki są prawidłowo pokrojone.
Przeszłam się do warzywniaka, a tam truskawki po 5 zł za kilogram. Nie mogłam się oprzeć. Dla Niedźwiadka to również dobra wiadomość, bo ten Łasuch na słodycze zje truskawki zamiast słodkości.
Zupka dalej w trakcie gotowania. Moje samopoczucie coraz lepsze, a szaleństwa Julki w brzuszku coraz bardziej odczuwalne dla Niedźwiedzia. W nocy jest najbardziej kopany jak go przytulę. Świetne uczucie i wrażenie jakby Kruszynka pokazywała nam, że chce już nas zobaczyć.
Brzuszek oczywiście rośnie, bo przecież niepokojące by było jakby nie rósł. Nie mogę się doczekać, aż znów zobaczę naszą Juleczkę. A może okaże się, że to jednak chłopiec. Nigdy nic nie wiadomo, wszystko może się zmienić.
Zostało jeszcze pranie do zrobienia, więc trzeba kończyć posta. Oby świetny humor dopisywał jak najdłużej. Takiego humoru życzę również wam.
Od rana krzątam się po mieszkaniu. Robię zupkę dla Niedźwiedzia. Na pewno się ucieszy, bo w końcu kalafiorowa. Miałam również pomocnika przy obieraniu ziemniaków.
A oto mój mały pomocnik. Pilnował czy ziemniaki są prawidłowo pokrojone.
Przeszłam się do warzywniaka, a tam truskawki po 5 zł za kilogram. Nie mogłam się oprzeć. Dla Niedźwiadka to również dobra wiadomość, bo ten Łasuch na słodycze zje truskawki zamiast słodkości.
Zupka dalej w trakcie gotowania. Moje samopoczucie coraz lepsze, a szaleństwa Julki w brzuszku coraz bardziej odczuwalne dla Niedźwiedzia. W nocy jest najbardziej kopany jak go przytulę. Świetne uczucie i wrażenie jakby Kruszynka pokazywała nam, że chce już nas zobaczyć.
Brzuszek oczywiście rośnie, bo przecież niepokojące by było jakby nie rósł. Nie mogę się doczekać, aż znów zobaczę naszą Juleczkę. A może okaże się, że to jednak chłopiec. Nigdy nic nie wiadomo, wszystko może się zmienić.
Zostało jeszcze pranie do zrobienia, więc trzeba kończyć posta. Oby świetny humor dopisywał jak najdłużej. Takiego humoru życzę również wam.
wtorek, 26 maja 2015
Hmm.
Z racji tego, że pogoda jest nieciekawa tak też wygląda moje samopoczucie. Bóle kręgosłupa niemiłosierne, a to dopiero początek.
Decyzja z wyjazdem na komunię do Włoszczowy była ciągnięta do nocy przed samą komunią. Auto nam szwankowało, więc baliśmy się jechać. Jednak udało się bez stresu. Nie odzywałam się praktycznie do nikogo prócz Niedźwiedzia. Słuchanie głupich tekstów w moją stronę i oglądanie mnie z każdej strony również nie było przyjemne. Nie mówiąc już o robieniu palarni w pobliżu mnie. Ból głowy i chęć na wymioty to był tylko początek. Jedynie jedzenie było pyszne i sam fakt, że Asia cieszyła się na nasz widok razem z babcią.
Babcia z kolejną paczką ciuszków przysłała mi ciśnieniomierz. Będę mogła się w końcu kontrolować. Po tych tabletkach cały czas chce mi się spać. Myślę, że to też przez pogodę, ale tabletki i tak robią swoje. W czwartek mam pójść do kardiologa wypytać, czy aż tak konieczna jest wizyta 'na już'. Zobaczymy co z tego będzie.
Nie mam ostatnio zdjęć, bo oczywiście moja ochota na 'sesyjki' jest na poziomie -1. Nawet nie mam ochoty się malować. Mam wrażenie, że życie mi ucieka.
Decyzja z wyjazdem na komunię do Włoszczowy była ciągnięta do nocy przed samą komunią. Auto nam szwankowało, więc baliśmy się jechać. Jednak udało się bez stresu. Nie odzywałam się praktycznie do nikogo prócz Niedźwiedzia. Słuchanie głupich tekstów w moją stronę i oglądanie mnie z każdej strony również nie było przyjemne. Nie mówiąc już o robieniu palarni w pobliżu mnie. Ból głowy i chęć na wymioty to był tylko początek. Jedynie jedzenie było pyszne i sam fakt, że Asia cieszyła się na nasz widok razem z babcią.
Babcia z kolejną paczką ciuszków przysłała mi ciśnieniomierz. Będę mogła się w końcu kontrolować. Po tych tabletkach cały czas chce mi się spać. Myślę, że to też przez pogodę, ale tabletki i tak robią swoje. W czwartek mam pójść do kardiologa wypytać, czy aż tak konieczna jest wizyta 'na już'. Zobaczymy co z tego będzie.
Nie mam ostatnio zdjęć, bo oczywiście moja ochota na 'sesyjki' jest na poziomie -1. Nawet nie mam ochoty się malować. Mam wrażenie, że życie mi ucieka.
Subskrybuj:
Posty (Atom)







